O miejscu
Zabytkowe osiedle-ogród z lat 1907–1910 zaprojektowane przez Emila i Georga Zillmannów dla pracowników kopalni Giesche. Wzór miasta-ogrodu Howarda na Górnym Śląsku.
Plac pod Lipami — od czego zacząć spacer
Wysiadamy z autobusu na pętli „Giszowiec” i już po stu metrach znika ruch dużego miasta. Zostaje cisza, którą przerywa tylko skrzypienie furtek w drewnianych płotach. Plac pod Lipami — bo tak nazywa się centralny punkt osiedla — wygląda dziś prawie tak samo, jak na zdjęciach z lat 20. XX w. W rogu stoi dawna restauracja „Janas”, ceglany budynek z drewnianymi okiennicami, dziś pełniący funkcję klubu osiedlowego. Naprzeciwko — szkoła, kiedyś niemiecka, potem polska, teraz Szkoła Podstawowa nr 51.
Pierwsze wrażenie? Skala. Wszystko jest niskie, dwukondygnacyjne, z czerwonej cegły lub otynkowane, kryte stromymi dachami z dachówki ceramicznej. Kto wjedzie tu samochodem od strony bloków, nie wierzy własnym oczom — bo jeszcze pięćset metrów wcześniej widać typowe gierkowskie wieżowce z lat 70. A jednak za rogiem zaczyna się inny świat.
Giszowiec to przykład miasta-ogrodu w wersji śląskiej. Domki obrośnięte winobluszczem, ogródki z grządkami warzyw, kapliczki przy drogach, drewniane werandy. Mieszkańcy mówią o swoim osiedlu krótko: „nasza wieś w mieście”. Trafne określenie, bo charakter wiejski został tu utrzymany świadomie — przez braci Zillmannów, twórców projektu, jako element fundamentalny.
Idea miasta-ogrodu — Howard, Anglia, Górny Śląsk
Pomysł miasta-ogrodu narodził się w Anglii pod koniec XIX w. W 1898 r. Ebenezer Howard wydał książkę „To-morrow: A Peaceful Path to Real Reform”, w której skrytykował przeludnione, zatrute przemysłem miasta i zaproponował alternatywę: niewielkie osiedla łączące zalety miasta (praca, infrastruktura, kultura) z zaletami wsi (zieleń, czyste powietrze, ogródki). Pierwsze wcielenie tej idei — Letchworth pod Londynem — powstało w 1903 r.
Idea trafiła na podatny grunt na Górnym Śląsku. Region przeżywał wówczas gwałtowny boom przemysłowy. Kopalnie wyrastały jak grzyby po deszczu, a wraz z nimi — kolonie robotnicze. Większość z nich była tania, gęsta, brudna. Familoki w typie Nikiszowca (też zaprojektowanego przez Zillmannów) były krokiem do przodu, ale wciąż ciasne. Giszowiec miał być inny — luźniejszy, bardziej zielony, bliższy ideałowi.
Decyzja zapadła po stronie zarządu spółki Georg von Giesche’s Erben — wielkiego koncernu wydobywczo-hutniczego z siedzibą we Wrocławiu (wówczas Breslau). Spółka, posiadacz kopalni „Giesche” (po 1945 r. „Wieczorek”), potrzebowała stabilnej kadry. Inwestycja w komfortowe mieszkania była rachunkiem ekonomicznym — zadowolony górnik nie szuka lepszej pracy w sąsiedztwie. Budowa ruszyła w 1907 r.
Bracia Zillmannowie — projektanci dwóch katowickich ikon
Emil Zillmann (1860–1936) i jego brat Georg Zillmann (1862–1925) prowadzili w Berlinie-Charlottenburgu pracownię architektoniczną z dorobkiem głównie willowym. Zlecenie z Górnego Śląska było dla nich największym projektem życia — i, jak się okazało, jednym z najbardziej oryginalnych w skali europejskiej.
W pierwszej fazie (1907–1910) zaprojektowali Giszowiec. Zaraz potem (1908–1919) — Nikiszowiec, też dla kopalni Giesche, ale w innej formule: zwartej, klasycznie miejskiej, w stylu śląskiego renesansu z przełamaniem secesyjnym. Te dwa osiedla — Giszowiec i Nikiszowiec — leżą od siebie w odległości około kilometra. Dziś wpisane są na pierwszą listę pomników historii Prezydenta RP.
Giszowiec to projekt prawie kompletny. Zillmannowie zaprojektowali nie tylko domy mieszkalne, ale także budynki administracyjne, gospodę, szkołę, pralnię, łaźnię, sklepy, budynki gospodarcze. Rozkład ulic — częściowo regularny, ale z licznymi zakrętami i placami — odbiega od typowego dla śląskich kolonii kratownicowego planu. Bliżej mu do angielskiego wzorca z Letchworth. W planie znalazło się około 600 domów dla rodzin górniczych oraz domy dla kadry urzędniczej (większe, otynkowane, z dekoracyjnym detalem).
Familoki Giszowca — typologia, której nigdzie indziej nie ma
Zillmannowie zaprojektowali kilkanaście różnych typów domów. Nie były to powtarzalne klocki, jak w typowej spółdzielczej zabudowie — każdy fragment osiedla ma własny charakter. Najmniejsze domy to bliźniaki dla dwóch rodzin, parterowe lub jednoipółkondygnacyjne, z poddaszem użytkowym i niewielkim ogrodem za domem. Większe — czterorodzinne, dwukondygnacyjne, z osobnymi wejściami i osobnymi ogrodami.
Materiał: cegła klinkierowa lub tynk wapienny na cegle. Dachy: czerwona dachówka ceramiczna, naczółkowe lub mansardowe. Drewniane okiennice, opaski wokół okien, czasami pruski mur w szczytach. Detal nie jest wymyślny — bo to mieszkania robotnicze — ale staranny i wykonany solidnie. Zillmannowie wzorowali się na niemieckiej tradycji wiejskich domów z Brandenburgii i Pomorza, dodając lokalne motywy.
Każde mieszkanie miało własny ogród — minimum 200 m² — i często chlewik czy komórkę na narzędzia. Standard, jakiego górnicze rodziny w innych koloniach nie znały. Dla porównania: w typowych familokach z Nikiszowca rodzina dostawała pokój z kuchnią i wspólny korytarz. W Giszowcu — całe mieszkanie z osobnym wejściem i ogrodem. To była naprawdę inna liga.
Na zewnątrz osiedla, wzdłuż ul. Mysłowickiej, postawiono budynki dla kadry urzędniczej kopalni. Większe, otynkowane, z dekoracyjnymi szczytami i werandami. Kontrast subtelny, ale czytelny — Zillmannowie potrafili zaznaczyć hierarchię społeczną bez epatowania luksusem.
Życie codzienne — pierwsza połowa XX w.
Giszowiec funkcjonował jako miasteczko zamknięte. Wszystko, czego potrzebowała rodzina górnika, znajdowało się w obrębie osiedla. Gospoda Janasa — gdzie wieczorami zbierali się mężczyźni po szychcie. Sklep spółdzielczy — z chlebem, mąką, tłuszczami. Pralnia mechaniczna — w czasach, gdy w innych dzielnicach kobiety prały ręcznie nad balią. Łaźnia — z gorącą wodą i kabinami. Szkoła. Ochronka. Ogród jordanowski.
Pracę miało się o krok — kopalnia „Giesche” leżała w odległości kilkuset metrów. Górnicy chodzili do roboty na piechotę, w drewnianych chodakach, z menażką pod pachą. Po wyjściu z dołu wracali do domu, do dzieci, do ogrodu. Mieszkańcy zachowywali wiele elementów śląskiej tradycji wiejskiej — hodowali kury, króliki, czasem świnię. Sadzili kapustę, ziemniaki, pomidory. „Byfyje” w kuchniach, „werandy” na podwórkach, „familoki” jako kolektywna duma — Giszowiec tłumaczy język śląski lepiej niż niejedno muzeum.
W 1922 r., po podziale Górnego Śląska, Giszowiec znalazł się w granicach Polski. Spółka Giesche działała dalej, choć pod inną nazwą i z polskim kapitałem. Czas wojny — okupacja niemiecka, 1939–1945. Kopalnia pracowała pełną parą. Po 1945 r. — nacjonalizacja, kopalnia zmienia nazwę na „Wieczorek”. Mieszkania w Giszowcu są dalej zarządzane przez kopalnię i przyznawane górnikom.
Tragedia lat 70. — wyburzenie dwóch trzecich osiedla
I tu zaczyna się historia, której wielu mieszkańców nie umie opowiadać bez emocji. W 1969 r. władze PRL zatwierdziły plan budowy „Giszowca II” — wielkopłytowego osiedla blokowego dla kilkunastu tysięcy nowych mieszkańców kopalni „Wieczorek”. Wybór lokalizacji padł na środek starego Giszowca. W praktyce oznaczało to wyburzenie historycznej zabudowy.
W latach 1969–1978 zburzono około dwóch trzecich oryginalnych domów Zillmannów. Zniknęły całe ulice. W ich miejscu wyrosły 11-piętrowe wieżowce z wielkiej płyty, pomalowane szarą lub żółtą zaprawą. Kontrast trudny do przyjęcia — pomiędzy zachowanymi domkami z dachówką a betonowymi punktowcami. Ironią losu jest fakt, że nowi mieszkańcy Giszowca II byli przesiedlani z innych rejonów Katowic, zaś wielu starych mieszkańców starego Giszowca dostawało mieszkania właśnie w blokach. Krąg się zamknął.
Decyzja o wyburzeniach była wówczas tłumaczona względami ekonomicznymi — gęstsza zabudowa, więcej mieszkań na hektar, mniejsze koszty infrastruktury. Sprzeciwiali się jej historycy sztuki, urbaniści, część dziennikarzy. Bezskutecznie. Dziś — z perspektywy ponad pół wieku — ten akt uznawany jest za jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji urbanistycznych powojennej Polski. Z 600 oryginalnych domów do dziś zachowało się około 200, a wraz z nimi — pamięć o tym, jak wyglądało osiedle przed 1969 r.
Pomnik historii i powolny powrót do formy
Decyzja prezydenta RP z 23 lutego 2017 r. wpisała Giszowiec — wraz z Nikiszowcem — na listę pomników historii. To najwyższa kategoria ochrony zabytkowej w Polsce. Wpis ten zatrzymał wszelkie spekulacje deweloperskie i otworzył drogę do systematycznej renowacji.
Przez ostatnich dwadzieścia lat osiedle zmieniło się powoli, ale zauważalnie. Dachy dachówkowe — odnowione. Elewacje — odmalowane. Okna — wymieniane na drewniane, zgodne z oryginałem (wcześniej często zastępowane plastikiem). Drewniane okiennice — odtwarzane. Stowarzyszenie „Giszowianie” oraz lokalny ruch społeczny pilnują, żeby właściciele nie psuli charakteru osiedla samowolnymi przeróbkami.
Na Placu pod Lipami od kilku lat odbywają się letnie pikniki, festyny śląskie i jarmarki rękodzieła. Restauracja Janas — choć zmieniała właścicieli — wciąż działa, z menu opartym na tradycyjnej kuchni śląskiej. Można tu spróbować rolady z modrą kapustą i kluskami śląskimi w wersji absolutnie kanonicznej. W weekendy bywają pełne stoły.
W dawnej karczmie zillmannowskiej (przy ul. Pszczyńskiej) działa filia Muzeum Historii Katowic — z ekspozycją poświęconą Giszowcowi i braciom Zillmann. Niewielka, ale ciekawa — modele zabudowy, oryginalne plany, fotografie z lat 20. XX w. Wstęp kilkanaście złotych.
Spacer po dzisiejszym Giszowcu — co warto zobaczyć
Najlepsza trasa zaczyna się na Placu pod Lipami i prowadzi w stronę ul. Pszczyńskiej, dalej ul. Mysłowicką (w jej zachowanym oryginalnym fragmencie) i ul. Wojciecha. Czas przejścia całej zachowanej części osiedla — około półtorej godziny w spokojnym tempie. Dla osób zainteresowanych architekturą — co najmniej dwie i pół.
Kluczowe punkty: dom Zillmannów przy ul. Mysłowickiej (oryginalny, kompletnie zachowany), zespół domów urzędniczych przy ul. Wojciecha (większe, otynkowane, z werandami), dawna pralnia (zaadaptowana dziś na centrum kultury), kościół Świętej Anny (1980 r., niezwiązany z oryginalnym projektem, ale ważny dla tutejszej społeczności), filia Muzeum Historii Katowic. Po drodze — Park Giszowiecki, niewielki, z lipami pamiętającymi czasy budowy.
Dojazd: autobusy linii 30, 110, 920 z centrum Katowic — pętla „Giszowiec” lub przystanek „Plac pod Lipami”. Czas dojazdu z Rynku — około 25 minut. Samochodem — wjazd od strony ul. Pszczyńskiej, parkingi przy Placu pod Lipami i przy kościele.
Warto połączyć Giszowiec z Nikiszowcem — sąsiednim osiedlem tych samych autorów. Dystans między oboma punktami to około 2 km. Można pokonać je pieszo lub rowerem, dawnym szlakiem górniczym przez las giszowiecki. Razem te dwa miejsca dają najpełniejszy obraz tego, co Zillmannowie zaprojektowali dla Górnego Śląska.
Lokalizacja
Adres: Plac pod Lipami, Katowice-Giszowiec
Najczęstsze pytania
Czy zwiedzanie Giszowca jest bezpłatne?
Tak. Osiedle jest przestrzenią publiczną — ulicami można chodzić swobodnie o każdej porze. Płatne są tylko wejścia do filii Muzeum Historii Katowic (kilkanaście złotych) i ewentualne posiłki w restauracji Janas. Wnętrza domów mieszkalnych nie są dostępne — to prywatne lokale.
Ile czasu zarezerwować na zwiedzanie?
Spokojny spacer po zachowanej części osiedla — około 1,5 godziny. Z muzeum i przerwą na obiad w Janasie — 3 godziny. Jeśli planujemy też Nikiszowiec (2 km dalej), całość zajmie pół dnia.
Jak najlepiej dojechać z centrum Katowic?
Autobusem ZTM linii 30, 110 lub 920 z przystanków przy ul. Sokolskiej lub Dworca Katowice Główne. Czas przejazdu — 20–25 minut. Wysiadamy na pętli „Giszowiec” lub przystanku „Plac pod Lipami”. Samochodem — wjazd od ul. Pszczyńskiej, parking publiczny obok placu.
Kiedy najlepiej odwiedzić osiedle?
Najpiękniej wygląda od maja do października, gdy ogródki są obrośnięte zielenią, a lipy na placu kwitną. W grudniu organizowany jest tu jarmark świąteczny — kameralny, ze stoiskami rękodzieła. Latem w niedziele bywają festyny śląskie z muzyką i tradycyjnym jedzeniem.
Czy są organizowane wycieczki z przewodnikiem?
Tak. Filia Muzeum Historii Katowic w Giszowcu oraz lokalne stowarzyszenia organizują tematyczne spacery — najczęściej w weekendy, na zapis. Koszt — kilkadziesiąt złotych od osoby. Można też zamówić indywidualnego przewodnika przez Śląską Organizację Turystyczną.